Klub Literacki RUBIKON
Klub Literacki RUBIKON

Astarte

napisane w roku 2005


    Jakiś czas temu, siedząc na niedużym, kopulastym pagórku za miastem, wpatrywałem się w usiane gwiazdami niebo racząc się widokiem wklęsłego księżyca po pełni. Nagle, zza pleców dobiegł mnie dźwięk miarowego, głębokiego oddechu. Odwróciłem się i zobaczyłem młodą kobietę; jej długie, krucze włosy niemalże zespalały się z ciemnością nocy, a niebieskie oczy wręcz emanowały hipnotyzującym blaskiem. Miała na sobie srebrną suknię, która mogłaby się stopić ze światłem księżyca. Po chwili, bez żadnego słowa nieznajoma usiadła obok i skierowała wzrok na uśpione domy w oddali.

    Choć nigdy wcześniej jej nie widziałem, pod względem doznanego uczucia można by mnie porównać do człowieka, który śni o wizycie nieżyjących już od dawna ludzi. Ileż to razy zdarza się, że dana sytuacja jest wręcz nieprawdopodobna, a mimo to śniący w ogóle się jej nie dziwi? Tak więc, choć nie spodziewałem się tego spotkania, to jednak było w nim coś naturalnego – wytwarzało wokół aurę normalności i spokoju.


    Kobieta nadal siedziała przy mnie, obserwując miasto. Spojrzałem na jej profil: miała zgrabny nos i delikatne usta, które, wzbogacone uśmiechem, zdradzały dobroduszność i ciepło. Począłem wnikliwie się jej przyglądać. Rozkoszne dołeczki na policzkach i różowe wargi czyniły z twarzy mojej towarzyszki najdoskonalsze piękno.

    Dopiero po kilku minutach nieznajoma zainteresowała się mną, a mnie przeszedł dreszcz emocji, kiedy nasze oczy nagle się spotkały.

    - Nie jest ci zimno? – zapytałem uświadomiwszy sobie, że nawet nie znam jej głosu. Ponadto chciałem przerwać przedłużające się milczenie.

     - Teraz już nie... – odparła tajemniczo.

    Jej głos, choć miękki i sympatyczny, wydał mi się również dziwny, jakby dochodził z zupełnie innego miejsca.

    Rozmawialiśmy jeszcze przez dłuższą chwilę, a potem na niebo napłynęły ciężkie chmury, okrywając księżyc i gwiazdy. Rozpadał się deszcz. Pamiętam jak krople stukały o liście, po czym szybko skapywały na ziemię. Wsłuchiwaliśmy się w ów dźwięk, delektując się nocą.

    Kilka metrów dalej, piaszczysta droga stopniowo zmieniała się w błotnistą breję.


***


    Otworzyłem oczy, początkowo nie orientując się, gdzie jestem. Dopiero po chwili zrozumiałem, iż znajduję się we własnym domu. Wstałem i podszedłem do okna, skąd dochodził - nieco przytłumiony przez szyby - warkot przejeżdżających samochodów. Na ulicy i chodniku nie wyschły jeszcze kałuże po ostatniej ulewie. Spojrzałem na zegarek: dochodziła już siódma. Wspomnienia z ostatniej nocy skryły się gdzieś w umyśle, umykając mi na kilkanaście godzin. Spojrzałem na łóżko: obok leżały moje buty, a na pościeli były drobne ślady błota. Widząc to wszystko, zamarłem z wrażenia, bo przecież nigdy wcześniej nie zdarzyło mi się chodzić we śnie. Po namyśle wydało mi się jednak mało prawdopodobne, iż owładnięty lunatyzmem, zdołałem opuścić nie tylko pokój, ale również dom, by potem wędrować ulicami. Nawet jeśli tak było, to dlaczego nikt mnie nie obudził? Bardziej przybliżałem się do wyjaśnienia, że wybrałem się nocą na spacer, a po powrocie w jakiś sposób musiałem utracić pamięć.

    Pomyślałem, że najwyraźniej jestem przemęczony pracą, zadzwoniłem więc do biura i wziąłem kilka dni urlopu. Ponadto powiedziałem sobie, że pójdę do lekarza, jeżeli tylko ponownie przydarzy mi się podobna sytuacja.

    Ogarnął mnie jakiś dziwny, nieokreślony niepokój.


***


    Kiedy słońce znikło za linią horyzontu, moja pamięć zaczęła się rozjaśniać. Stopniowo przypomniałem sobie wszystko - nawet twarz ujrzanej nocą kobiety, a jednak posmutniałem na myśl, że ta śliczna istota może być jednak tworem mojego umysłu.

    Wciąż zastanawiałem się, czy ona istnieje... a jeśli istnieje, to kim jest?

    Na moim staroświeckim, ściennym zegarze wybiła północ. Udałem się więc do sypialni i zamknąłem za sobą drzwi na klucz. Położyłem się i próbowałem zasnąć, ale bez skutku. Dopiero, kiedy księżyc wyjrzał zza chmur i zajrzał do pomieszczenia przez okno, odszedł niepokój, który towarzyszył mi przez ostatnie godziny. Jego miejsce zajęła niepohamowana senność.


***


    Jak opętany biegłem ulicami, skąpanymi w świetle latarń. Za miastem skręciłem w nierówną, piaszczystą drogę. Wokół mnie zaczęły rozpościerać się pola, poprzecinane krętymi ścieżkami. Ciągnięty jak gdyby magnetyczną siłą, skręciłem w jedną z nich i ujrzałem wzgórze, które porastały wysoka trawa oraz krzaki dzikiej róży. Byłem pewny, że spotkam tam towarzyszącą mi poprzedniej nocy kobietę i nie przeliczyłem się. Stała dokładnie w miejscu moich dziecięcych zabaw; miejscu, gdzie przed laty siadałem i patrzyłem na zachodzące słońce.

    Wrażliwy na piękno człowiek mógłby oddać życie za uśmiech równie cudowny jak ten, którym mnie powitała. Czekała na mnie, a ja wiedziałem o tym, choć przecież nie mówiła mi tego wcześniej. Delikatnie wziąłem ją za ręce. Staliśmy wpatrzeni w siebie przez kilka minut, nie wypowiadając żadnego słowa. Czy zdecydowała o tym odwaga wobec tej boskiej istoty, czy po prostu nagły poryw namiętności - nie wiem, ale przytuliłem ją i po chwili nasze usta złączyły się w pocałunku. Serce opętańczo biło mi w rytmie pieszczotliwych ruchów naszych warg. Po jakimś czasie wtuliłem się w jej czarne włosy, i szeptem zapytałem, jak ma na imię. Niestety, nie wiem czy wówczas doczekałem się odpowiedzi, bo wszystko wokół natychmiast spowił mrok, wyszarpując ze mnie świadomość.


***


    Słońce wpadło do sypialni, rozpromieniając ją swoim blaskiem. Otworzyłem oczy i od razu spojrzałem na drzwi - były otwarte, a klucz, który wcześniej w nich tkwił, leżał teraz na podłodze.

    - Szaleństwo, szaleństwo! - krzyknąłem, następnie podbiegłem do drzwi i zatrzasnąłem je.

    Usiadłem na łóżku i złapałem się za głowę. Po kilkunastu sekundach wstałem i zacząłem nerwowo krążyć po pomieszczeniu. W pewnym momencie na biurku zobaczyłem kartkę, na której napisano starannym, kobiecym pismem jedno tylko słowo: Emilia.

 


autor: Marcin Stachelski




Średnia ocena pracy to:
Ilość głosów: 0

Zaloguj się aby mieć możliwość oceniania prac.



Komentarze (1):


1. 2009-09-05

Bardzo przejmujące, ciekawe, napisane poprawna polszczyzną  opowiadanie, w którym   widać somnabulika posiadająćego umiejetność zachowania aktywności fizycznej podczas snu,   Lunatyzn,  to choroba? Czy nieprzeciętna wrazliwość? Nie wiem, ale opowiadanie  podoba mi się.   
Podpis: Maria Mickiewicz



komentarze  autor 

 

Jeśli spodobała Ci się ta praca, możesz kliknąć poniższy link, aby dodać ją na Facebook. Jeśli chcesz dodać na Facebook stronę Rubikonu, kliknij "Lubię to!" na stronie głównej.