Klub Literacki RUBIKON
Klub Literacki RUBIKON

„Ballada z Poetą” - wywiad z Jerzym Marianem Pikulem

Miałem zaszczyt poznać wspaniałego śląskiego Poetę Jerzego Mariana Pikula... Wydał w moim wydawnictwie dwa tomiki: "Piosenka o władzy sprawiedliwej" i "Gorączka błota". Podczas pracy przy drugim tomiku zaproponowałem wywiad... Pan Jerzy bardzo się ucieszył, powiedział też, że jest to jego pierwszy wywiad w życiu...

Autor 10 tomików wierszy, pisał również opowiadania. Zmarł 23 czerwca 2016 roku. Miał 70 lat.

 

.........................................................................................................................................................

 

Marcin Kwilosz: Jest Pan znanym śląskim poetą i prozaikiem, członkiem Stowarzyszenia Pisarzy Polskich w Katowicach i Górnośląskiego Towarzystwa Literackiego. Autorem wielu tomików poetyckich, pisze Pan również opowiadania, ale jak się to wszystko zaczęło? Kiedy napisał Pan pierwszy wiersz?


Jerzy Marian Pikul: Ja lubię snuć takie opowieści.

Nie jestem pewien, czy dzisiaj na Śląsku są jacyś znani pisarze, poeci czy prozaicy. Kiedyś tak. Kiedyś bywali. Szklarski na przykład. Miał sławę Lema niemalże, nakłady książek milionowe. Wybitnych poetów tu chyba nigdy nie było. Dzisiaj mieszka tu 80-letni Tadeusz Kijonka. Z całym szacunkiem, poetą wybitnym nigdy nie był. Poetą wybitnym jest się wtedy, gdy ma się nieskończenie rozległy rejon tematyczny. Pisać trzeba umieć, to jasne, ale i głowę niemalże eisteinowską. Albo przynajmniej taką jak Rainer Maria Rilke. Jak Czesław Miłosz. Pisanie na odpowiednim diapazonie, czyli tylko poezji wysokiej, to podstawowy warunek. Ja jestem poetą skromnym. Urodziłem się w połowie drogi między Pacanowem, a Połańcem, dziękują Bogu, że akurat tam. Teren pagórkowaty. Z jednej strony las młody brzozowo-dębowy, z drugiej las stary świerkowo-sosonowy. W tym pierwszym kozaki czerwone i borowiki, w tym drugim podgrzybki. Zbieranie grzybów w dzieciństwie było moją miłością. 5 stawów, kilka potoków. W nich ryb nie do wyobrażenia. Łubnice przed i zaraz po wojnie były wioską zapuszczoną elektryfikacyjnie, ale nie kulturalnie. Oczywiście żadnego radia, żadnego telewizora. Jedyna rozrywka mego ojca? Poezja, proszę pana. Znał prawie całego Mickiewicza, Lenartowicza, Asnyka, Tetmajera. Nigdy nie czytał mi bajek. Zawsze deklamował mi na noc wiersze. Górował Powrót taty. Ten wiersz zastępował mi każdy film Tarantino. - Tato - prosiłem - Powrót taty. Matka karmiąc kury i świnki wczesnym rankiem codziennie wyśpiewywała  pieśń Kochanowskiego "Kiedy ranne wstają zorze". Odbierałem w jej głosie metafizyczną wdzięczność za życie. Była jedną z najważniejszych pieśniarek w Kościele. Oboje znali wspaniale muzykę ludową nie tylko Kielecczyzny. "Mamusia mi powiedziała, o jo joj. Żebym chłopców nie kochała. Ło jo joj. A ja chłopca buch za szyję, ło jo joj - Będę kochać póki żyję, ło jo joj. Zaczynało się gdzieś wesele, tata mówił - Już grają światówkę. Kto dzisiaj wie, co to była Światówka. Nasiąknąłem tą atmosferą, jak gąbka wodą. Żeby grać, należało mieć instrument, żeby pisać wystarczał ołówek. Marzyłem o jakimś artystycznym zawodzie. Najbliższa, najtańsza była poezja. W tarnowskim III L.O. już było nas dwóch. Ja i Wojtek Stompór, przecudowny kumpel. Kochałem go całym sercem, zachowując nieustanną skłonność do dziewcząt, to jasne. On pisał wiersze trochę jakby surrealistyczne, ja uprawiałem tradycyjną poezję sylabotoniczną ze średniówką. W tym sensie antycypowałem swoje życie. Wiedziałem, że poezja, nie przynosząca nikomu kolosalnych zysków, będzie treścią - mimo wszystko - mojego życia. Pierwszy wiersz opublikowałem dość późno, bo mając lat 27, ale też nigdy nie parłem mocno do przodu. Byłem zdania, co się ma stać, to się stanie.

 

Wraca Pan często w rodzinne strony?


- Pisząc o miłości do kobiety należy w gruncie rzeczy powściągliwie. Podoba mi się tu Jan Nowicki, aktor. Mówi, że jego postawę wobec kobiet wyraża nakaz biologiczny, imperatyw. Nie mówi, że w takiej miłości nie ma niczego boskiego, ale bardziej zwraca uwagę na jej pierwiastek czysto fizyczny, chemiczny czy jeszcze jakiś dodatkowy. Ale gdy idzie o miłość do miejsca urodzenia, w moim przypadku do wsi rodzinnej, nie muszę bać się jakiejś przesady czy pretensjonalności. Kochałem Łubnice, mam do nich uczucie dzisiaj i będę miał kult zawsze. Uwielbiam każde tam miejsce i często o tych miejscach piszę. Kolejka wąskotorowa łącząca Staszów z Jędrzejowem. Wysiadałem w Szczucinie i jeszcze 2 godziny jechałem innym pociągiem przez Dąbrowę Tarnowska do Tarnowa. Do Łubnic wracałem oczywiście na różne święta, gdy zamykano internat. Szedłem dróżką przez las albo kamienistą drogą, jakieś 800 metrów, do centrum wsi, gdzie mieszkałem. Ta czysto boska miłość zamieniała się wtedy w niemal dotykalną. Namacalną. Oczywiście ta wioska była wtedy inna niż dzisiaj. Żadne miejsce na świecie nie pozwoliło mi uświadomić sobie, jak wszystko połyka czas, jak wszystko trafia grom. Nie ma tam już oczywiście jednego człowieka z pokolenia moich rodziców. Wszystko się zmieniło na krótkiej przestrzeni 40 lat. Było pięć stawów, w tym jeden najbardziej uroczy na środku wsi. Z wszystkich znikła woda. Kiedyś ta wioska należała do Izabelli Czartoryskiej, Potocki pisał z istniejącego tam wtedy pałacu miłosne listy do Marii Kalergis. Do tej pory rosną tam 300-letnie lipy. Gdy żyli rodzice, byłem silny i zdrowy, przyjeżdżałem tam 3 razy w roku. Nigdy nie mogłem zrozumieć pewnego przypadku. Tuż po moim urodzeniu, w r. 1950 wyjechał z Łubnic na Żuławy mój wujek Janek Wołowiec. Nie przyjechał już nigdy więcej. Umierali kolejno rodzice, bracia, nie przyjechał. Raz pytam jego brata: - Powinniście wy do niego pojechać, zapytać. - Byliśmy, Jurek. Nie przyjeżdżał i koniec. A ja zawsze miałem ciarki na plecach, gdy dojeżdżałem do Łubnic. Ale niestety nie będę tam nigdy więcej. W 2012 r. moje serce nawaliło kompletnie. - Ono nie jest zdolne do żadnego wysiłku - rzekł lekarz. I rzeczywiście, mówiłem Panu, byłem człowiekiem oszczędnym. Nawet będąc w Paryżu czy Rzymie liczyłem się z forsą. Żona mówi - No i po co? Chodziło mi o inne miejsca. Myślałem; pojadę. A tu nawet nad Sołę, 60 km stąd czy nad Wisłę do Ustronia nie mogę pojechać. Życie jest takie oto, taki los. A przecież mam tam także siostrę w świetnie rozwijającym się zdrojowisku Solec-Zdrój. 15 km od Łubnic. Kiedy przyjeżdżałem tam kiedyś, nieraz widząc matkę w ogrodzie jak zbiera czy suszy śliwy, puszczałem maleńką łzę. Bo wiedziałem, że tego wszystkiego tam wkrótce nie będzie. I nie ma.

 

Ciekawi mnie jak wygląda Pański warsztat pracy. Jak powstają wiersze, jest Pan poetą natchnienia? Tworzy Pan pod wpływem wewnętrznego głosu?


- Wierzę, słusznie czy nie drogi Panie Marcinie, że życie w poważnej jego części, jest tajemnicą Pana Boga. Nie da się go wyjaśnić w pełni racjonalnie, ludzie sięgają po różne sztuczki i filozofie, aby je zrozumieć. Miłosz stwierdza z olbrzymią powagą w książce "Rok myśliwego", iż jest przekonany, że jest pierwszą po jego śmierci w r. 1855, reinkarnacją Adama Mickiewicza. Gdy się nad tym poważnym przecież wyznaniem zastanowiłem głębiej,  pomyślałem, dlaczego by nie. Aktor, piosenkarz, poeta, satyryk Maciej Zębaty twierdził, że jest reinkarnacją pewnego wermachtowca z Hamburga. Opisywał dokładne szczegóły ulicy, ogrodu, rozkładu pomieszczeń. W niczym się nie pomylił. W każdym razie przynajmniej pewne predylekcje charakteru i talentu może dawać arbitralnie Bóg, jeśli rządzi tym światem. Może i skala talentu od Niego zależy? Żeby być dobrym poetą czy pisarzem, mówią, niezbędne trzy rzeczy: miłość jako stosunek do wszystkiego, w tym prosta empatia, umiejętność pisania, to znaczy warsztat i rozległa wiedza, która czyni człowieka przekonywującym, bo tylko człowiek mający ogromne ilości informacji może wszystko dobrze, albo przynajmniej lepiej ocenić. Ja pisać właściwie, stosownie do czasu, umiałem właściwie zawsze. Byłem lotnym chłopcem. Nie miałem nigdy na żadnym świadectwie stopnia dobrego tylko bardzo dobre. W szkole w Tarnowie siedzieli obok mnie synowie adwokatów, sędziów, ale zawsze zastanawiali się co to jest na przykład "za". Przyimek, zaimek, coś innego? Rzadko kiedy z wypracowania dostawałem cztery. Mówiłem sobie: słowa są po to, aby na mnie spływać. Niedawno dzwoni do mnie Baran. Powiada: - wiesz Jurek, przeczytałem dokładnie książkę, którą ci wydał Marcin Kwilosz. Te rymy wyglądają zdobyte tak łatwo, bez wysiłku. One są tak wkomponowane w wiersz, iż nie widać, żebyś ty je szukał, bo wtedy często widać jakiś rodzaj sztuczności, siłowego dopasowania. Ja mam z tym problem, a ty nie. - Nigdy nie szukam, one lecą - odpowiedziałem. - A czy długo piszę wiersz - pyta. - Jak mam przemyślany temat, to trwa to pięć minut. Nigdy dłużej. - Tego ci naprawdę zazdroszczę, to jest dla mnie dziwne. A miłość, albo gniew, to są we mnie zawsze. Jak się coś bardzo kocha, to z drugiej strony musi się czegoś nienawidzić. Mam mnóstwo wierszy lirycznych, których budulcem jest miłość to znaczy liryzm. Ale akurat te, które drukuje Pan w "Gorączce błota" stworzone są przez gniew i bunt. Niech Pan nie wierzy nigdy w żadne natchnienie. Albo może inaczej: ono jest w poecie cały czas. To Przyboś, zdaje się, powiedział, że poetą się nie jest, poetą się bywa. To bzdura. Jak ktoś umie pisać, w każdej chwili, bez czekania na jakiś sygnał z Nieba, napisze dobry wiersz. Raz lepszy, raz gorszy. Ale nie zależy to od natchnienia, tylko od dopracowania. I od tematu. Bo jedne są łatwiejsze, a drugie trudniejsze.    

 

Pański książkowy debiut poetycki przypada na rok 1980, ukazał się wtedy tomik "Między brzegami", wydany przez Związek Literatów Polskich. Jak do tego doszło? Może zgłosił Pan swoje wiersze do konkursu? Często są organizowane rożnego rodzaju konkursy dla młodych poetów na wydanie pierwszej książki.


- O tomiku, to jasne, marzy się już po uzbieraniu 60 wierszy. Raz, na konkursie w Górach Kaczawskich w Wojcieszowie zapoznałem się z poetą Leżachowskim, przyjacielem Stachury, razem gdzieś kiedyś w lasach bawili się w drwali. Był to piękny o bardzo regularnych rysach twarzy mężczyzna. Uśmiechnięty, promienny, niezwykle przyjazny. Stał przed Domem Kultury i sprzedawał swój tomik. Jakże mu - konstruktywnie nazwijmy - zazdrościłem. Potem przyjechał Mieczysław Warszawski. Też mi błysnął własnym tomikiem przed oczami. Zazdrość to brzydkie uczucie? Niekoniecznie. Też chciałem dobić się tomiku. Raz przedstawiła mnie w Tychach miejscowa gazeta. Przedzwonił też mieszkający tutaj poeta i prozaik Stanisław Bochenek. - Jeździ pan do Koła Młodych do Katowic? Czemu pan nie jeździ?. Przecież jak będzie pan chciał coś w ZLP wydać, to pana, młodzi czy nie młodzi, wytną. Powiedzą "nie nasz". Pan musi być czyjś. Pan myśli, że  poziomem kogoś przebije? Poziom się nie liczy. Ważne: nasz czy nie nasz. Jak pan nie będzie miał od nikogo wsparcia, to pan zginie. Esbekiem pan nie jest, jej agentem też nie. Niech pan jeździ, to panu się przyda. Pojechałem więc dnia któregoś. Miał prelekcję jakiś redaktor z "Poglądów". Po prelekcji zamieniłem z nim dwa słowa. Pracowałem wtedy jako ekonomista, pełnomocnik dyrektora do spraw części niepełnowartościowych i surowców wtórnych, w FSM Tychy. Wysyłałem uszkodzone części, w tym nadwozia, między innymi warszawskim właścicielom warsztatów mechanicznych. Był wśród nich jeden o takim szarmanckim usposobieniu, że nie spotkałem w życiu takiego człowieka. Za każde nadwozie, z którego potem składali samochód, wynagradzał mnie tak, że zawsze miałem pieniądze. To z nich wyrośli potem najpotężniejsi gangsterzy Pruszkowa czy Warszawy. On potem należał do pierwszej szóstki. - Jeszcze nie masz tomiku? To pojadę do którejś z warszawskich oficyn i przedstawię im propozycję, że tomik wkrótce będzie. Nie - powiedziałem. Ale raz przyjechał do FSM redaktor, który miał w Kole Młodych prelekcję. - No i co słychać? - zapytał. Żyje się - odrzekłem. - Tu pan pracuje, a ja chciałem kupić trochę drewna. Buduję daczę niedaleko. - To załatwione. A gdy wyjeżdżał z drewnem, rzekł: - Niech pan mi przyśle ze 100 wierszy. Posłałem, odpisał. Pewien pisarz z Zaolzia dobrze je ocenił i my je wydajemy. Dobrze? Jest lepiej niż dobrze. Tak było z tomikiem. Romantyzmu więc w tym ani za grosz. Ale co ja poradzę. Nie spotkałem żadnej księżniczki, nie powiedziała: piszesz takie genialne wiersze, najpierw cię pocałuję, potem książkę ci wydam.    

 

 W latach 70. należał Pan do Tyskiej Grupy Poetyckiej „Symbol”.  Jakie były cechy i założenia tej grupy?


Sens grup muzycznych jest łatwy do zrozumienia. Mick Jegger nie mógłby skakać i szaleć po scenie, gdyby mu ktoś nie przygrywał. Musi to czynić w takt muzyki. Niemen, po odejściu z Niebiesko-Czarnych, gdzie do śpiewania aspirowało wielu, w tym znakomity, zmarnowany jednak później Michai Burano, w Los Angeles John Mike Arlow lub - jak kto woli - Steve Luca, wcale nie robił - jak się uważa - kariery indywidualnej, bo dalej korzystał z pomocy wielu znanych muzyków czy też swoich grup innych jak Akwarele itp. Sens grup poetyckich jest jednak bardzo wątpliwy. W Polsce w moich czasach, czyli głównie siedemdziesiątych tych grup było wiele. Wyszła nawet o nich książka z ich nazwami, nazwiskami poetów itp. Najsławniejsza grupą była "Nowa Fala" z Krakowa, do której należeli Zagajewski i Kornhauser, teść naszego prezydenta Dudy, nie ukrywający swych żydowskich korzeni. Żartując sobie mogę powiedzieć, iż ich największym wrogiem wcale nie był system tylko Władysław Machejek, naczelny "Życia Literackiego", w którego sławną wołgę rzucali kamieniami wierszy. A teraz Zagajewski powiada, że chce uprawiać i walczy aby zwyciężała w Polsce tak zwana poezja wysoka, choć takiej - Bóg mi świadkiem - nie pisze, bo nie umie. Moim zdaniem, bardzo dziwnym trafem został okrzyczany genialnym poetą i kompletnie nie rozumiem, dlaczego jest kandydatem do Nobla. No ale tu różnie bywa. Reżyser Żuławski, gdy Nobla dostała Szymborska nie bał się powiedzieć w telewizji, iż przyznanie jej Nobla to największy skandal literacki. Byłem po jego stronie. To ona nazwała Stalina w wierszu "Adamem nowego człowieczeństwa", co oznaczało tyle, że pierwszy Adam w raju zgrzeszył i przyniósł grzechem pierworodnym całe zło światu, a Stalin, jak zbawiciel, ten grzech zmaże jak Chrystus. Zagajewski może nawet dostanie tego Nobla, ale to będzie totalny żart ludzkości. Ktoś pewnie mu załatwi. Nie może Pan mieć żadnych jednak złudzeń. Nic na Ziemi nie ma pieczątki Pana Boga.

 

Podczas „Obiadu Literackiego” w 1993 r. w restauracji „Corner” w Katowicach, zorganizowanej przez SPP, gościem był m.in. Czesław Miłosz. Udało się Panu wtedy porozmawiać z Miłoszem?


- Zaproszenie oczywiście miałem. Nie pojechałem jednakże. Nie lubię być tam, gdzie się wszyscy pchają. Wiedziałem, że Miłosz będzie nocował w Tychach, w tak zwanym Pałacu Myśliwskim książąt pszczyńskich. Książąt już nie ma, a pałac stoi. W Tychach nad sztucznym jeziorem stworzonym z zatrzymania rzeki Gostynki. Teraz tu Europa. Ale i wtedy było ładnie. Namówiłem tyskiego poetę Józia Krupińskiego, aby pójść pod ten pałacyk. Miłosz, otoczony oficjelami, wziął nasze-jego tomiki i złożył nam podpisy. Mój najcenniejszy autograf to chyba jednak Allana Ginsberga, przywódcy duchowego beatników, o którym i Miłosz napisał wiersz, zaczynający się od słów; Allan, dobry człowieku.../ To był oryginał.

W tym Pałacu Myśliwskim, nawiasem mówiąc, nocował tez Josip Brodzki. Jest miejscem noclegowym tak zwanych lepszych gości. VIP-ów.

 

 Czym dla Pana jest poezja?


- Kiedyś wydawało mi się, że wystarczy jak będzie prostym wzruszeniem, impulsem powodującym w duszy jakiś ruch pozytywny. Uznawałem już za poezję wyznanie poety:" szare chaty, proste chłopskie chaty, jak się z wam zrosło moje życie, jak wy proste, jak wy bez rozkoszy" Albo chociażby: "o szyby deszcz dzwoni, deszcz dzwoni jesienny i pluszcze jednaki miarowy, niezmienny". Ale od dawna wiem, że to mało. Poezja powinna zaskakiwać. Patrzcie, niby o tym wiemy, ale ktoś artykułuje pewną prawdę tak, że staje się to dla nas niemalże odkryciem. Szekspir powiedział, że życie jest snem wariata. Wiemy o tym wszyscy. Ale Szymborska mówi: "to nie sny są szalone, szalona jest jawa. I to brzmi inaczej. Staje się prawie odkryciem. Miłosz pisze, że "bez poczucia wyższości niczego się nie osiągnie". Niby każdy zna tę obiegową prawdę, ale gdy mówi to Miłosz brzmi to jakby inaczej.

 

 Jakie ksiązki czyta Jerzy Pikul?


- W latach siedemdziesiątych i jeszcze później myszkowałem po wszystkich księgarniach i kupowałem mnóstwo nowości, zwłaszcza poezji. Chciałem wiedzieć, kto jest kim, jaki ma styl, jakim jest poetą. Dziś te sprawy interesują mnie o wiele mniej. Ostatnio kupiony tom poezji, to FILIP LARKIN, strasznie posępny, smutny poeta. Nastawiony wobec życia bardzo pesymistycznie, wprost tragicznie. Ale nie mówię, że się myli, że nie ma racji. Oczywiście czytam książki nagradzane, aby wiedzieć, jakie są koterie, jak forują swoich.  Czytam głównie książki faktograficzne, popularno-naukowe. Zamówiłem w Internecie parę książek, wśród nich " Kowal mitu", o apostole Pawle  uznawanym przez wielu za prawdziwego twórcę chrześcijaństwa. "Życie codzienne w czasach Jezusa". Te rzeczy mnie interesują. 

 

A jakiej muzyki Pan słucha?


- Muzyka zawsze miała na mnie wpływ ogromny. Żałuję jednak do dziś, że to nie tak zwana poważna. Nie mogę udawać, że umiem się zachwycać Chopinem, Mahlerem czy innymi twórcami tego rodzaju. Gdy kiedyś jeszcze, przed laty, żona usiłowała mnie do niej przekonać, barbarzyńsko wołałem: - zgaś mi te fortepianowe plumkania. Nie lubię tych rozwlekłych tasiemców. Ale nie było tak, bym był obojętny wobec piosenki. Ponieważ długo, do końca chyba lat pięćdziesiątych, nie było w domu radia, siostry - a mam je trzy - miały swoje śpiewniki, proste zeszyty ze spisanym w nich tekstami Fogga czy Rolskiej. Pasłem krowy śpiewając te rzeczy zawzięcie. A gdy już było radio, to zakochałem się w Presleyu, ale najbardziej chyba w Richie Valensie. Uwielbiałem jego zespół Los Lobos, a szczególnie piosenkę "oh Donna", którą często śpiewam do dziś. Ale żył krótko, zginął w katastrofie własnego samolotu i należało zakochać się w kimś innym. Był więc Ricky Nelson, Beatlesi, The Yardbirds z Claptonem, John Denver. Mnóstwo piosenkarzy i kapel. Także rzecz jasna polskich. Kochałem Niemena, blues-rock Wojciecha Skowrońskiego, wiele utworów, choćby ten "Na Trynidad, nad morzem domek był.." Za najlepszą polską piosenkę uważam do dziś "Autobiografię". Fantastyczny tekst, dobra melodia. Jak to się ma do wygłupów piosenkarki, która obwieszcza rewelacyjnie, że "język lata, lata jak łopata". Albo głosi tezę, że wszystkiemu winien Testosteron. Gdy słucham takich piosenek, wyłączam radio. Ale ogólnie to żałuję, że nie słuchałem zbyt często poważnej. Kiedyś odwiedziłem koleżankę z Liceum w Tarnowie. Ona mówi: - W tym internacie to nie mieliście zbyt wesoło. - Ciągle - powiedziałem - w kołchoźniku leciał Czerny i Rachoń. - A mam coś Rachonia - rzekła. - Puścić? - Dla wspomnień możesz. I puściła fantastyczny utworek. W tytule tego utworu coś o myszach. Otóż dwie myszki uciekają chyba przed kotem albo ludzką miotłą. Raz przyspieszenie, raz spowolnienie rytmu. Coś pięknego. Niemal widziałem te muszki biegające po tym pokoju. Zrozumiałem ostatecznie, że muzyka może wspaniale ilustrować pewne, może wszystkie, zjawiska.

 

Co by Pan zmienił we spółczesnej kulturze? Co Pana denerwuje? Czego brakuje, a może wszystko jest w jak najlepszym porządku?


- Pan pyta co należałoby zrobić, aby stan kultury polskiej podnieść, zmienić, ulepszyć. Powiem prowokująco: pozamykać paru dawnych działaczy tak zwanej opozycji demokratycznej. Przynajmniej ponieśliby słuszną odpowiedzialność za swoje kłamstwa, buńczuczność obietnic, nicość osiągnięć. W walce o wyrwanie władzy nad kulturą z rąk PZPR i wszystkich jej agend, jakie się nią zajmowały, używali wszelkich możliwych podstępnych metod, bo kultura to jednak spory kawał mięsa. Ogólnie mówiąc wszystko miało być inaczej, lepiej, doskonalej. Ja dostrzegam kompletną klęskę nie ideałów tych ludzi, bo ideałów żadnych nie mieli, ale klęskę ich nikczemnych knowań. Kultura polska się wali, widzę ją w potwornej ruinie. Przecież nie chodziło o to, by kulturą zawiadywał Michnik et concortes, żeby mieli jakieś pismo dla poetów z własnej stajni czy ferajny. Za czasów komuny każde województwo posiadało własny tygodnik społeczno-kulturalny, które drukowało prozę, poezję, eseje. Tych pism było tyle, że nawet nie chce mi się ich wymieniać. Sytuacja materialna poetów była dużo lepsza niż dzisiaj. Ale opozycja postanowiła ją zmienić. W walce o podporządkowanie kultury sobie używano podobnych metod jak w przekonywaniu świata, że komuniści biją. To jasne, robili to, ale sama Wyborcza przyznała się do tego, że w marcu 1981 r. wyjęli mostek z ust bydgoskiego działacza i przesłali w świat na dowód, że komuniści wybili zęby Rulewskiemu. Dzisiaj nie ma jednego pisma kulturalnego o zasięgu ogólnopolskim. Ostatnim, na jakie pieniądze chyba dał Miller były "Wiadomości kulturalne", którymi kierował Krzysztof Teodor Toeplitz. Miałem tam szczęście jeszcze drukować opowiadanie. Pismo to ukazywało się chyba w nakładzie 40.000 egz. Przekazywali z kasy państwa na jego druk nie więcej niż 40 mln. Dziś na wszystko mają, miała głównie Platforma, defraudując i marnując wielkie kwoty, ale nie miała niestety na dobry społeczno-kulturalny tygodnik. Polska to kulturalna pustynia. Co z tego, że panowie mają swą środowiskową nagrodę NIKE, skoro nawet nagradzane tam książki są nic nie warte. Materialny los poetów jest nie do opisania. Byłem kiedyś na zebraniu w katowickim oddziale SPP, kiedy przedstawiano, gdzie jest który pisarz. Najwięcej ich było w psychiatrykach i na poważnych leczeniach. Tu do mnie, Internetem, co rusz przesyłane są prośby, aby pomóc jakiemuś poecie, a to Jerzemu Górzańskiemu, a to Wołżańskiemu, a to  jeszcze innemu o pięknym nazwisku. Nie tak to powinno wyglądać, bo w ten sposób jedni są w centrum zdrowotnego zainteresowania, a drudzy zostawieni kompletnie sobie samym. Widać, że tym dawnym "troskowcom" chodziło bardziej o własne korzyści, a nie o los literatury. Lepper mówił: - Kłamstwo, kłamstwo, kłamstwo. Tylko tyle mogę powtórzyć. Michnik powiada, o czym doniesie Panu Bogu, kiedy przed nim stanie. Okrągły stół, te rzeczy. Boję się, że Michnik stanie przed kim innym.

 

W ostatnim tomiku „Piosenka o władzy sprawiedliwej” w wielu wierszach pojawiają się historie i klimat Stanów Zjednoczonych. Jest Panu bliska Ameryka?


- Zamieściłem w tomiku "Piosenka o władzy sprawiedliwej" parę wierszy o USA i Pan pyta słusznie, czy tam byłem. Otóż nie i nigdy nie będę. Nie umiem latać samolotami ze strachu. Jechały siostry do Jerozolimy. - Jedź z nami - powiadają. Ale ja nie, boję się niestety. Taki tchórz. Sławny piłkarz Berghamp też nie latał. Wyjeżdżał z Holandii samochodem do Rzymu dwa dni wcześniej, gdy miał tam być mecz. Ale szczególnej miłości do Ameryki nie mam. Mam raczej miłość do wszystkiego, co jest dobre i co stworzył człowiek. Kocham różne miejsca historyczne lub legendarne. Te zwyczajne też miejscowości, wsi i miasteczka, z którymi się zetknę na drodze albo tylko w opowieści. Przeczytałem parę wierszy dobrego włoskiego poety Antonio Porta nazwisko. Urodził się w La Spezia. Gdzie leży ta La Spezia - pytam. Szukam na mapie. Muszę wiedzieć, map ma dwieście. O, tu, niedaleko Livorno. Livorno znam już z ligi włoskiej - Morze Tyrreńskie. Czytam o bitwie generała Custera z Indianami. Zginął pod Litlle Big Horn. Gdzie jest ta miejscowość, pytam, muszę ją znaleźć. A te słynne miasteczka Dzikiego Zachodu, gdzie one? To sławne Tombstone, Dedwood. To pierwsze Arizona, to drugie South Dakota. Zawsze muszę wiedzieć. Jechałem z żoną kiedyś z Rimini do Florencji kierując osobiście samochodem. Wyczyn niesamowity. Przejeżdżaliśmy przez Foligno. Oraz przez przepiękne oplecione na sporym wzgórzu Spoleto. A w sobotę 14.05.2016 r. etap Giro di Italia ma metę w Foligno. - Gosiu - wrzeszczę - Spoleto! - Jakie Spoleto - pyta. - Aha. Co mnie obchodzi twoje Giro i Spoleto. Dzisiaj w nocy gala bokserska, a pasjami oglądam, w Corpus Christi /Ciało Chrystusa/. Gdzie jest Ciało Chrystusa - pytam. To miasteczko Corpus Christi?- Myślałam, że chcesz iść do kościoła. Oglądam po raz drugi film Straight Story. Stary człowiek jedzie do brata kosiarką z miasteczka Laursen /Iowa/ do Mont Zion /Wisconsin/- 600 km. Ale już wiem, gdzie leży Laursen. Już ten film widziałem. A do ulotności wszystkiego wrócę na moment. Chciałem mieć piosenkę w domu z filmu Rio Bravo. "Preria już cicho drzemie, w dali gdzieś słychać śpiew". Poszedłem do dużego sklepu muzycznego. 19-latek, włosy na żel, zapytany o Deana Martina, mówi do mnie: - Kto? Dean Martin? - Tak, odpowiadam. - Nie znam takiego. Coś się dziadkowi pozajączkowało. - Chodzi o Deana Martina? - Tak jest - mówię z naciskiem. - Nie ma takiego. Jest Ricky Martin. Śpiewa sławny przebój "La vida loca". Idźcie, dziadku do babci. Babcia ma Internet? - Ma - mówię. - To załatwione.   

 

Czy myśli Pan, że poezja może zmienić świat na lepszy?


- Wbrew innym, trzeźwiejszym, stojącym być może bardziej na nogach umysłom, uważam, że poezja, ma ogromny wpływ na dusze ludzkie. Wiodłem kiedyś spór z kolegą z SPP. On twierdził, że zwłaszcza teraz, poezja jest już tylko i wyłącznie rozrywką. Władzy nie interesuje, więc nie jest żadnym tam nośnikiem politycznej energii, nurtu protestu. Kiedyś nawet przecież uprawiano wobec poezji opresyjną cenzurę, bo wyobrażano sobie, i może rzeczywiście tak było, że poezja może coś zburzyć lub coś niepotrzebnego, czy groźnego nawet, zbudować. Pikul to taki na uboczu żyjący poecina, ale i jego wezwano. Towarzysz cenzor rzekł: - Co wyście napisali w wierszu? "Jak na drożdżach nam rosną spichlerze  arsenałów"?. - No napisałem tak. Chodziło mi o ludzkość. Że nam wszystkim, całemu światu. Nie myślałem nawet przez chwilę o komunizmie. Pan rozumie, poeta to taki prorok uzurpator. Chce mówić w imieniu ludzkości. - Dobrze, rozumiem, proszę to zmienić, że "im". Dzisiaj właściwie pies z kulawą nogą nie interesuje się poezją. "Poezją" ksiąg bankowo-finansowych  interesował się młody dziennikarz Zientara. On był groźny, więc zniknął. Baran mi opowiadał, że w r. 1986 wydał tom wierszy wybranych w LSW Warszawa w nakładzie 5.000 egz. Cały nakład rozszedł się w ciągu 3 miesięcy. Dzisiaj wydaje wiersze w nakładzie 2.000, sprzedaje najwyżej 1000, a reszta idzie do przeceny, a nawet na przemiał. Wyznałem mu kiedyś, że piszą do mnie dwie panie, zachwycone - jak rzekły - moją poezją. - Dorobiłem się Dżołzef - powiadam - 2 fanek. - Nie kpij - mityguje mnie - kochaj je, utrzymuj kontakt, to i tak dużo. Ale wpływ poezji jednak istnieje. Miałem przyjaciela. Ciągle miał problemy z żoną, kłótnie karczemne, wyzwiska, rozstania. Dałem mu tomik, gdzie było parę wierszy o dylematach współżycia. - Jurek - rzekł po 3 miesiącach. Wiesz, jak mnie zmieniłeś? Pogodziliśmy się. Z twojej poezji bije jakiś dziwny nakaz miłości. - Nawróciłem cię - zaśmiałem się. - Żebyś wiedział.

 

Bardzo dziękuję za poświęcony czas. Życzę wielu sukcesów.

 

 

Tychy, 16.05.2016


autor: Marcin Kwilosz
ostatnia modyfikacja: 2017-01-24




Średnia ocena pracy to:
Ilość głosów: 0

Zaloguj się aby mieć możliwość oceniania prac.



Komentarze (0):


komentarze  autor 

 

Jeśli spodobała Ci się ta praca, możesz kliknąć poniższy link, aby dodać ją na Facebook. Jeśli chcesz dodać na Facebook stronę Rubikonu, kliknij "Lubię to!" na stronie głównej.