Klub Literacki RUBIKON
Klub Literacki RUBIKON

Wysypisko

                                                         Wysypisko

         Podwarszawskie gigantyczne wysypisko śmieci, zajmujące obszar dwudziestu pięciu hektarów, stanowiło królestwo dla całej masy wyrzutków społecznych, które niczym szczury opanowały jego teren, dzieląc je na strefy wpływów, qasi – dzielnice, na wzór tych ze stolicy. Była tam i Wola i Praga i Żoliborz i inne…Wojny wybuchające od czasu do czasu były krótkie i krwawe.  Z lotu ptaka wysypisko przypominało skalistą pustynię na jakiejś odległej planecie, którą przemierzali nomadowie z wózkami na odpady. Obdarci, zarośnięci, kulawi, zawszeni, plujący krwią gruźlicy... Na wysypisku obowiązywały niepisane prawa, które obywatele poszczególnych stref przestrzegali jak katechizmu. Najbardziej ohydnym występkiem w tej krainie ludzi z marginesu była… kradzież na szkodę innego mieszkańca wysypiska. Prawo własności było święte. Funkcję najwyższego sędziego pełnił ,,Kent” - niewidomy, najstarszy jego mieszkaniec, który postawną sylwetką i długą białą brodą budził powszechny respekt wśród mieszkańców wysypiska. Sami autochtoni tworzyli klany i kasty, które zasiedlały poszczególne strefy. Wyrzuceni poza margines bardzo cenili sobie solidarność i pomoc w potrzebie…Silniejsi pomagali słabszym, a słabsi gdy odzyskiwali siłę, spłacali swoje długi z nawiązką... Królem Żoliborza był ,,Vinsent” – wieloletni bezdomny recydywista, który do swojego klanu przygarnął  tajemniczego ,,Bociana”, wyniszczonego przez alkohol ,,Ubeka” oraz nieporadnego ,,Cudaka”. Pewnego wrześniowego wieczora wszyscy czterej siedzieli przy ognisku w dolinie otoczonej hałdami śmieci, wrakami porzuconych aut. ,,Wola” płonęła i od zachodu wiatr przywiał chmury czarnego, gryzącego dymu pochodzącego z palących się opon.  ,,Bocianowi” udało się rankiem schwytać pod lasem w sidła cztery dorodne króliki. Teraz zwierzęta były już odarte ze skóry i na rożnach piekły się nad ogniskiem. ,,Vincent” rozlał każdemu ze swoich podwładnych do plastikowych kubeczków po 100 gram czystego spirytusu lotniczego, do czyszczenia instalacji lotniczych, który dostał w rozliczeniu od króla ,,Bemowa”. Wkrótce zmienił się kierunek wiatru i czarne chmury dymu pognały gdzieś na ,,Rembertów”, ich miejsce powoli zaczęła zajmować gromadząca się wokół dolinki biała jak mleko mgła, którą można było kroić nożem. Przyjemnie było siedzieć na cmentarzysku samochodów z zaufanymi ludźmi przy ognisku.

-,,Cicero” z Woli, jeszcze odpowie za tą rozpierduchę z tymi oponami…ja tego tak nie zostawię, w poniedziałek dam znać ,,Kentowi”, niech on to sprawiedliwie rozsądzi, jak można było dopuścić to tego pożaru…tfu... króliki przeszły zapachem gumy…jak to teraz jeść…- złorzeczył Vincent.

- Szefie lepiej z nim nie zadzierać, ostatnio na ,,Wolę” sprowadziło się paru silnorękich chłopaków z kryminału…po co nam wojna, najpierw trzeba zawrzeć sojusz z ,,Pragą”, ,,Ursynowem” i ,,Aninem”, jak będziemy silni, to obędzie się bez rozlewu krwi, wystarczy im pogrozić…- radził strategicznie ,,Ubek” konfidencjonalnie przymykając jedno oko, drugie tonęło w krwiaku okularowym, który zarobił pod skupem metali kolorowych.

- ,,Ubek” ma rację…- przyłączył się ,,Bocian” do byłego funkcjonariusza Służby Bezpieczeństwa, który popadł w alkoholizm i wylądował na ulicy, aż trafił na wysypisko...śmieci i niepotrzebnych ludzi...

- ,,Cudak”, a ty co nic nie mówisz …- ,,Vincent” wywołał do tablicy chudego, małego mężczyznę o szczurzej twarzy i czaszce łysej jak kolano.

- Bo ja nigdy nic nie mówię… – odparł smętnie indagowany. ,,Cudaka” znaleźli na wysypisku trzy lata temu. Z ubrania miał tylko slipy, był nieprzytomny i miał ranę tłuczoną na głowie. Niczego nie pamiętał, nie wiedział jak się nazywa, nie widział skąd przybył, a tym bardziej nie wiedział dokąd zmierza. Wysypisko i ,,Żoliborz” przyjęły go do siebie, ubrały, dały strawę, wózek do śmieci, zajęcie polegające na zbieraniu metali kolorowych. ,,Cudak” został pełnoprawnym obywatelem wysypiska i poddanym ,,Vincenta”.

         Na te słowa wszyscy zaczęli się śmiać, rechotać wręcz, małomówność ,,Cudaka” była już legendarna. U samego ,,Cudaka” pojawił się tylko taki tik nerwowy polegający na tym, że zaczęła mu drgać lewa powieka.

-Nieważne ,,Cudak” wypijmy…- zarządził król i jako pierwszy wypił zawartość swojego kubeczka. Piekło w całych trzewiach jak diabli...ale to dobrze że piekło...człowiek czuł że żyje...

 Trunek trafił do żołądka, a stamtąd dzięki krwiobiegowi rozszedł się na cały organizm. Zrobiło im się jakoś tak weselej. Rozmowa stała się bardziej swobodna.

- Dzisiaj dokładnie mija trzydzieści lat od pewnego dla mnie ważnego wydarzenia… teraz już chyba mogę opowiedzieć o tym co naprawdę wydarzyło się te trzy dekady wcześniej…przedawniło się…tak panowie to się przedawniło…znacie mnie jako ,,Bociana”, ale ja nie zawsze byłem jednym z was, parę ładnych lat temu moje książki były w każdym Empiku w kraju, zawsze w pierwszej dziesiątce najlepiej się sprzedających… ja sam nazywałem się wtedy Marek Wrona…, słynny Marek Wrona…- zwierzył się przyjaciołom ,,Bocian”.

- Widzę, że spiryt już ci zrył banię, ty i słynny Marek Wrona, ty jesteś ,,Bocian”, nasz ,,Bocian” – nie wierzył ,,Vincent”.

- Królu…królu… daj mu dokończyć… – prosił ,,Ubek”

-         Tak byłem Markiem Wroną, tym słynnym autorem kryminałów, miałem wszystko, miałem dom, żonę, kupę kasy, pozorny sens w życiu,  jeździłem samochodami z salonu, ale wiecie co, czegoś mi brakowało, czułem że się duszę, jak się ma wszystko to tak naprawę… nie ma się niczego. Porzuciłem to wszystko i poszedłem na ulicę. Tu wreszcie czuję, że żyję, każdy dzień to walka o przetrwanie, każdy dzień to coś nowego, to nowi ludzie, którzy znają trudne życie, każdy z was to inna historia, a ja lubię czytać takie książki napisane przez samo życie. Może kiedyś wrócę do pisarstwa, ale jeszcze nie teraz, może was opiszę, kryminałami na pewno już się nie zajmę. Ale muszę wrócić do tego od czego zacząłem.  Równo trzydzieści lat temu miało miejsce takie zdarzenie, które otworzyło drogę do mojej kariery literackiej, w oparciu o które napisałem pierwszą powieść pt. ,,Zbrodnia doskonała”, które otworzyło mi drogę do sukcesu.  W młodości studiowałem polonistykę. Byłem stworzeniem wiecznie bladym, wysiadującym setki godzin w czytelniach uniwersyteckich nad opasłymi tomiszczami, które latem wyjeżdżało na Mazury od pensjonatu ,,Pod albatrosem”, gdzie dorabiałem w firmie stryja jako taki recepcjonista, boy i wszelkiej maści popychadło w jednym. Pewnego razu, w jedną wrześniową noc do małego hoteliku przybył jakiś tajemniczy starszy pan z małą walizką, który sprawiał wrażenie jakby się czegoś bał, jakby coś przeskrobał i chciał się ukryć. Wcześniej w radiu słyszałem komunikat, iż milicja poszukuje księgowego zakładów ,,Pollena” ze Śląska, który zagarnął kilka milinów złotych i uciekł w siną dal.  Rysopis się zgadzał. W pensjonacie nie było żywej duszy. Stryj pojechał na jakieś wesele, a letników już nie było, sezon przeminął. Zrodził się w mojej głowie pewien szatański plan, do dziś nie wiem co mnie podkusiło. Zaprosiłem gościa na kolację do jadalni w pensjonacie i poczęstowałem go śledziami po kaszubsku, wędzonym dorszem, węgorzem. Opowiedziałem mu też pewną starą legendę dotyczącą naszego jeziora, w którym Krzyżacy utopili pruskiego buntownika – Gniewka. Podobno jego dusza nie może zaznać spokoju i błąka się nocami po brzegach jeziora, a nasz pensjonat sąsiadował z jeziorem Czmoch. Facet był zestresowany.  Opowiedziałem mu jak zjawę opisują ci, którzy go widzieli, kilku aż od tego posiwiało. Gość poszedł do swojego pokoju. Specjalnie nie zostawiłem w jego pokoju karafki z wodą, ani nawet wazonu z kwiatami, żeby musiał w nocy specjalnie zejść do kuchni po coś do picia. Później ucharakteryzowałem się na Gniewka, co nie było trudne, bo moja ówczesna dziewczyna studiowała w szkole teatralnej i wiedzę do przebieranek miałem. Siadłem z kuchni przy stole i czekałem. Byłem trupio blady i ociekałem wodą z jeziora. Wcześniej jeszcze wykręciłem żarówkę w kuchni.  Gdzieś tak po północy usłyszałem szuranie kroków, facet szedł w moim kierunku, stare schody skrzypiały a ja przybrałem kamienną postawę. Facet próbował zapalić światło, ale mu się nie udało. Zaklął i sięgnął do kieszeni szlafroka, z której w  wyciągnął paczkę zapałek. Potarł o draskę jedną z zapałek, ale nie odpaliła, znów zaklął i wtedy druga zapałka na chwilę oświetliła pomieszczenie...no i mnie...czyli Gniewka. Musiałem wyglądać bardzo przekonująco, bo facet zawył jak zranione zwierzę, złapał się za klatkę piersiową i padł na wznak. Teraz to ja się przestraszyłem nie na żarty. Szybko wkręciłem brakującą żarówkę i włączyłem światło. Gość nie ruszał się. Sprawdziłem puls, nie wyczułem go, przyłożyłem lusterko do ust, nie zaparowało się. Facet musiał zejść na zawał. Sprawdziłem jego bagaże, rzeczywiści miał kilka milionów. Nikt go nie widział w naszym zajeździe, nikt nie wiedział gdzie się udaje, nikt po niego by się nie upomniał, a ja go w książce gości pensjonatu nie zdążyłem jeszcze zameldować. Gdybym chciał przejąć jego skarb, nikt by mnie nie posądził o kradzież. Nie było świadków. Tyle, że ja postanowiłem ten motyw wykorzystać w swojej pierwszej książce i nadmiar gotówki mógłby mnie zdemaskować. Wolałem nie ryzykować. Jeszcze przed świtem wypłynąłem z denatem i jego ,,skromnym” dobytkiem na sam środek jeziora Czmoch, gdzie przy wykorzystaniu obciążników ze starego młyna wodnego udało mi się zatopić szczątki Edwarda Turgali, głównego księgowego zakładów chemicznych ,,Pollena”...oraz jego łup w postaci 3.689.100 zł. Malwersant dołączył do Gniewka. Kto wie, może zostali przyjaciółmi... Dziś mija równo trzydzieści lat od tego dnia, kiedy spaliłem za sobą mosty do kroczenia przez przyzwoitego człowieka. Dziś moja zbrodnia się przedawniła, nikt nie może mnie zamknąć do więzienia, mogę chodzić po ulicach i opowiadać o tym każdej napotkanej osobie. Tak więc ten tego...piję zdrowie...głównego księgowego Edwarda Turgali...niech mu ziemia lekką będzie...- zakończył swoją opowieść ,,Bocian”.

-         Chyba woda...- poprawił go Vincent.

-         Bardzo ładna historia...ale czy prawdziwa...żeby ,,Bocian” był Wroną... ale podobno były takie przypadki w przyrodzie...- żachnął się ,,Ubek”

-         Możecie wierzyć lub nie, ja swojego katarsis doświadczyłem. Pobyt na wysypisku też traktuję jako rodzaj pokuty...- kontynuował ,,Bocian”.

-         Skoro już umilamy sobie czas w ten jesienny wieczór opowieściami niesamowitymi...to i ja opowiem słów kilka, kiedyś za tamtego systemu robiłem jeszcze w bezpiece...robota nie była ciężka, niewiele się robiło...brało dużo pieniędzy...takie szczucie i knucie...wódę piliśmy już o pierwszej w dzień w pracy...takie czasy były... robiłem w ,,Czwórce”, nasz wydział zajmował się czarnymi, podchodziliśmy ich według starego klucza ,,korek, worek i rozporek”, wielu pękło... Raz miałem informatora, wtedy to się mówiło o nich per ,,kapol” lub ,,kapeć”, a według naszych instrukcji kazali się tytułować jako ,,tajni współpracownicy”. Ten mój kapol, chyba miał w papierach ,,Opat”, był przeorem i decydował o obsadzie aktorów odgrywających mękę pańską. Był specjalistą od ludzkich charakterów. Przydzielił role Jezusa i legionisty Longinusa dwóm największym wrogom wśród zakonników...Longinus biczując Chrystusa tak się przykładał do tej roli...tyle włożył w nią serca i... siły rąk, że doszło do bójki i skandalu na pół Polski, a my co, ja, mój naczelnik, naczelnik mojego naczelnika i jeszcze naczelnik naczelnika mojego naczelnika...dostaliśmy wysokie odznaczenia, nagrody pieniężne, talony...ech to było życie...wiele się zmieniło w resorcie po incydencie z tamy na Włocławku w osiemdziesiątym czwartym. Miałem kolegę, który było kolegą tego nieszczęsnego...kapitana, wszyscy wiedzą o kogo chodzi, otóż ten kolega mówił mi, że jego grupa...tego kapitana...owszem porwała księdza, poturbowała go, ale...nie zabiła go, przekazali klechę ludziom z kontrwywiadu, którzy od kilku tygodni siedzieli im na karku... później włączyli się jeszcze moskiewscy. Powiem tak... jak grupa kapitana została osadzona na Rakowieckiej, to porwany jeszcze żył...więcej nic wam nie powiem, bo chcę jeszcze trochę pożyć, za dużo ludzi z resortu było w tym umoczonych. Może kiedyś kapitan napisze o tym książkę. Jeden generał umarł, ale jeszcze jeden żyje...Też wiele mógłby powiedzieć o działaniach grupy ,,D” do zadań dezintegracyjnych. Oni działali poza prawem, mieli glejt na swoje działania, nic nie dokumentowali, bo jaki byłby sens zbierania dowodów na swoją niekorzyść...Powiem tyle...mieliśmy swoje szwadrony śmierci... Był raport Komisji Rokity i co...skazali kogoś ważnego, tylko płotki...świat się kręci...jedni idą w górę...inni tak jak ja trafiają na ten śmietnik historii, dosłownie i w przenośni... Koniec i kropka... Nieważne wypijmy – zakończył swoje rozważania ,,Ubek” i wyciągnął pusty kubeczek w kierunku ,,Vincenta”.

Król łaskawym gestem rozlał kolejną porcję podłego trunku. Króliki upiekły się i można było przystąpić do och konsumpcji. Zalatywało od nich spaloną gumą, ale były bardzo delikatne, mięso soczyste i kloszardzi, którzy już z niejednego kieliszka jedli nie narzekali na zapach... Braki w uzębieniu przeszkadzały im w spożywaniu dziczyzny...

-         Skoro o starych dziejach mowa, to przypomniało mi się jak kiedyś robiłem jeszcze we włamach. Skontaktował się ze mną jeden facet, trochę taki jakby z twojej firmy ,,Ubek” ale głowy nie dam sobie uciąć i dał nam zlecenie...żeby włamać się do jednej willi zamieszkałej przez staruszków, żeby odzyskać jakieś pamiętniki tego dziadka. Wiele nam za to dawał. Co miało być w willi to miało być nasze...Jak żeśmy się pojawili w tym domu to dopiero się skapnąłem, że to dom byłego premiera...wiecie którego...cholera mnie wzięła, że pakuję się w górno, ale nie było już odwrotu. Miałem ze sobą takich dwóch koleżków, świry kompletne...Jeden pilnował żonę starucha w łazience, mierzył do niej ze sztucera, a ten choroba...miał tak wrażliwy spust, że posłał jej kulkę w głowę...nie było co zbierać...Opieprzyłem durnia zdrowo, miało być bez ofiar...Tak czy inaczej wzięliśmy się za dziadygę...był bity...ale milczał jak zaklęty...pozwoliliśmy my mienić koszulę i zażyć lekarstwa...był przywiązany do fotela...ale prawą rękę miał wolną...kazaliśmy mu narysować schowek z tym, czego szukał ten co nas wynajął...Jeden z tych moich świrów przybił mu stopy do podłogi gwoździami...no i koleżka pękł i narysował taką ten tego ,,mapkę”...później dałem tą kartę naszemu X-sowi, że tak go nazwę, pomarudził ale wziął, zapłacił i nigdy się nie odezwał...chyba był zadowolony. Żeby mu tylko te pamiętniki bokiem nie wyszły. Drugi z tych moich świrów jak wychodziliśmy zrobił z paska i ciupagi krępulec no...a resztę to znacie już z  telewizji...co wam będę mówił... Później zgarnęli mnie za co innego, ale w anclu los zetknął mnie i z ,,Faszystą”, któremu przyklepali tą sprawę. Samego ,,Faszystę” i jego kompanów sąd oczyścił zresztą z zarzutów, bo okazało się, że konkubina ,,Faszysty” pomówiła go, a znaleziony nóż przy sprawcach, bardzo charakterystyczny, który należał do ofiary, nie był ten sam, tylko taki sam...nawet sam prokurator wnosił o uniewinnienie oskarżonych...Sie porobiło...No a ty ,,Cudak”, co nam powiesz, powiedz chłopie coś...- zachęcał Vincent.

-         Coś...Mnie się nic nie przytrafia...- wychrypiał zza zębów ,,Cudak”, a wszyscy ryknęli gromkim śmiechem.

-Lubię tego naszego ,,Cudaka” bo milczy jak grób, każdy z nas tu dziś jakieś tajemnice odsłonił, a on milczy...dobra panowie dopijajcie co macie dopić, ja gaszę ognisko i schodzimy do naszego podziemnego królestwa na spoczynek.

 Król ,,Vincent” wraz ze swoimi poddanymi podszedł do pokrywy wiodącej do kanału elektrociepłowni, po czym wszyscy znikli w czeluściach królestwa betonowych labiryntów, komór, nisz...Wraz z nimi udały się na spoczynek ich tajemnice. Na całym wysypisku nie było żywej duszy. Nocą ludzie z wysypiska zalegali jak szczury w kanałach elektrociepłowni....

                                              **********

         Abu Emir Kaudi i Abu Zindal należeli do zakamuflowanej odnosi siatki Al-Qaidy w Polsce. Z pozoru niewinni studenci z Pakistanu, przybyli z Peszawaru, niedaleko granicy z Afganistanem, po to by studiować na Politechnice Warszawskiej. Obaj z dobrych domów, synowie odpowiednio lekarza i generała lotnictwa, zapowiadali się na przyszłych inżynierów, którzy będą budować w rodzinnym Pakistanie: szpitale, szkoły, żłobki, domy starców. Doskonale maskowali swój fundamentalizm. Ubierali się po europejsku, wyglądali raczej na latynosów, nie chodzili do meczetu, nie przestrzegali postów, nie odmawiali sobie alkoholu i kontaktów z koleżankami. Polskie tajne służby nie wiedziały, że obaj ci niewinni chłopcy mieli za sobą krótkie, aczkolwiek intensywne szkolenie w obozie dla terrorystów w Sudanie. Szejk Abu Hassan powierzył im misję wstrząśnięcia niewiernymi z małego kraju europejskiego, którego żołnierze dołączyli do krzyżowców z Afganistanie. Terroryści także czytają książki, zapoznali się z powieścią Ignatiusa ,,W sieci kłamstw” i też doszli do wniosku, iż w czasach  kiedy Amerykanie mają swój Echelon, drony, NSA, służby współpracują ze sobą, żeby skutecznie komunikować się i planować kolejne działania, należy odrzucić zdobycze techniki i powrócić do wypróbowanych, starych metod komunikacji. Zamiast emaila wysyłać tradycyjny papierowy list. Zamiast rozmawiać przez telefon, przekazywać zaszyfrowane wiadomości przez posłańców. Zamiast zapisywać dane na dysku twardym komputera, sporządzać notatki na papierze ryżowym, który może rozpuścić się w ślinie. Terroryści musieli zapomnieć o programach TOR, czy TrueCryp. W świecie elektroniki nie mogli wygrać z niewiernymi. Zamiast przelewów bankowych, trzeba było powrócić do tradycji hawala. Żeby ograniczyć możliwości przecieku Emir i Zindal stworzyli jedną dwuosobową komórkę nad Wisłą. Dwa dni wcześniej przybył do nich łącznik z pakunkiem, który udało mu się przemycić z Obwodu Kaliningradzkiego. Małą walizka zawierała ładunek o niezwykłej mocy...brudną bombę, kupioną od emerytowanego generała armii jeszcze radzieckiej. Trzy miliony dolarów pozwoliły pozyskać to śmiercionośne urządzenie na czarnym rynku. Jeszcze  podczas pobytu w Sudanie Szejk Abu Hassan polecił dwóm swoim uczniom, iż po przybyciu łącznika z ładunkiem mają go zlikwidować. Emir i Zindal nigdy nie sprzeciwiali się rozkazom mentora. Abu Derwai, dzielny bojownik zginął cicho i bezboleśnie. Jego towarzysze pocięli jego ciało, głowę i dłonie oblali kwasem solnym, a potem w worku obciążonym kamieniami wywieźli nad Wisłę, gdzie wyrzucili je do rzeki. Z kolei korpus, ręce i nogi pocięte umieścili w walizce i bardzo wczesnym rankiem  wywieźli Toyotą Landcuiser na gigantyczne wysypisko pod stolicą. Wzięli ze sobą dwa kanistry z benzyną. Wąskimi dróżkami pomiędzy hałdami śmieci, nie widząc żywej duszy dotarli na ,,Żoliborz”. Zwłoki wyciągnęli z walizki, oblali benzyną i podpalili. Buchnął wielki, gryzący w nozdrza dym i niemały ogień. Pakistańczycy czuli się bezpiecznie. Zapalili papierosy i zaczęli rozmawiać po arabsku. Telefony z wyjętymi bateriami zostały w domu. Nie widzieli, że od kilku minut obserwuje ich niewielki osobnik o szczurzej twarzy, u którego dźwięk tej mowy wywołał gwałtowne drganie powieki lewego oka. Obserwator leżał w połowie wysokości hałdy, za sedesem w starej, potrzaskanej wannie.

-         Piorun Allacha da niewiernym dużo do myślenia... jeśli nam się powiedzie, będzie więcej...dużo więcej ofiar niż w WTC. Stadion Narodowy sprzedał czterdzieści pięć tysięcy biletów na mecz Polska – Anglia. Będziemy wielkimi męczennikami...- stwierdził Abu Emir Kaudi.

-         Sam widzisz, że powodzenie akcji zależy od jak najmniejszej liczby wtajemniczonych...Mniej okazji do przecieku...- powiedział Abu Zindal.

-         Udało mi się zdobyć w ramach praktyk studenckich przepustkę do kanałów pod stadionem, okazuje się, że tam praktycznie nie ma żadnych zabezpieczeń, nie sądzę żeby umieszczenie Pioruna Allacha nastręczyło jakiś problemów...Nikt nie podejrzewa młodego inżyniera...z Pakistanu...

-         Do środy zostało nam tylko kilka dni, czas oczyścić nasze ciała, nagrać przesłanie dla innych bojowników, Allachu Akbar...Niech tak się stanie...Dla chwały jego, bo on tak chce...

Młodzi Pakistańczycy stali jeszcze w milczeniu przez dobre półtorej godziny patrząc w tlące się szczątki ich towarzysza. Za kilka dni oni też tak skończą. Dla Allacha warto. Hurysy osłodzą im cierpienia w raju. Później wrócili do swoich kwater, ogolili ciała z włosów i nagrali przesłanie...Do meczu Polska – Anglia zostały trzy dni. ,,Cudak” leżąc w ukryciu na początku nie potrafił nazwać języka jakim posługiwało się dwóch młodych, śniadych mężczyzn, ale rozumiał każde ich słowo. A że słuch miał absolutny to i zapamiętał każde ich słowo, tak że mógł je odtworzyć jak nagranie...Wraz z każdym słowem wypowiedzianym w języku arabskim, w jego mózgu ustępowały blokady, niczym zapadki w zamku. Jego pamięć została odblokowana, już widział kim jest, a właściwie kim był, był profesorem arabistyki, który został napadnięty , pobity i obrabowany, stracił pamięć, a teraz ją odzyskał. Niezbadane są wyroki boskie. Profesor zrozumiał wagę słów które padły na wysypisku, udało mu się powiadomić ABW, która nie zignorowała jego zawiadomienia, jego perfekcyjna znajomość arabskiego była dowodem nie do przecenienia. W oparciu o dane przekazane przez arabistę, którego danych nie ujawniono opinii publicznej, udało się zapobiec śmierci kilkudziesięciu tysięcy ludzi. Piorun Allacha, czyli brudna bomba został przejęty i zneutralizowany. Terrorystom nie udało się umieścić go w kanałach pod Stadionem Narodowym i wysadzić. Co dziwne profesor nie wrócił do domu. Funkcjonariusze ABW zgodnie z prośbą odwieźli go na wysypisko. ,,Cudak” wrócił na stare śmieci. Znał już swoją przeszłość i dokonał wyboru przyszłości. Tydzień później, kiedy znów wszyscy poddani króla ,,Vincenta” siedzieli przy wieczornym ognisku i opowiadali sobie różne historie, władca ,,Żoliborza” zachęcająco zapytał ,,Cudaka”:

-,,Cudak” no co nam powiesz, powiedz ,,coś” ...

-         ,,Coś”, eee... bo mnie się nic nie przydarza...- odparł ,,Cudak” i jak zwykle milczał jak grób.

                                        KONIEC       

 


autor: Andrzej Lebiedowicz
ostatnia modyfikacja: 2014-07-10




Ta praca należy do kategorii:




Średnia ocena pracy to:
Ilość głosów: 0

Zaloguj się aby mieć możliwość oceniania prac.



Komentarze (0):


komentarze  autor 

 

Jeśli spodobała Ci się ta praca, możesz kliknąć poniższy link, aby dodać ją na Facebook. Jeśli chcesz dodać na Facebook stronę Rubikonu, kliknij "Lubię to!" na stronie głównej.