Klub Literacki RUBIKON
Klub Literacki RUBIKON

Jeden krok

Andrzej Lebiedowicz     

                           Jeden krok…

         Marta Kosicka nie tak wyobrażała sobie jesień swojego życia. Umiała pracować i lubiła swoją pracę, księgowej w jednej ze spółek zajmujących się produkcją farb i lakierów na północnym Mazowszu. Nie miała wyższego wykształcenia, była technikiem ekonomistą. W czasach jej młodości studnia wyższe nie były tak powszechne jak dziś. Walerian – jej mąż był osobą nadużywającą alkoholu, niewiele dni w swoim życiu przepracował uczciwie. Nierzadko okradał własną żonę, a później jedynego syna z ciężko zarobionych pieniędzy, po czym upłynniał na substancję dającą mu w pierwszej fazie zapomnienie, zaś w drugiej fazie upodlenie. Najbliżsi brzydzili się go cuchnącego, bełkoczącego, powoli tracącego cechy ludzkie. Pomimo nałogu Walerian miał żelazne zdrowie. W ostatnim dniu swojego życia pił ostro w barze ,,Pod świerkami”. Barman skarżył mu się, wówczas, że bardzo bolą go nogi i musi się po raz kolejny udać na konsultację lekarską do Otwocka. Walerian śmiał się z niego wtedy, mówiąc że on jest zdrowy i po żadnych lekarzach nigdy nie chodził  i chodził nie będzie. Nie mylił się. Podczas powrotu z baru, będąc już w połowie drogi do domu poczuł piekący ból w klatce piersiowej i rozlewające się po całym ciele ciepło. Zawał w trakcie koronacji. Upadł na kolana, głową oparł się o ziemię i już nigdy z tych klęczek nie wstał. Takim zastał go zespół reanimacyjny pogotowia ratunkowego, który przyjechał bardzo szybko. Na pomoc było już za późno. Ktoś z tłumu okalającego miejsce, gdzie wyzionął ducha Walerian Kosicki, powiedział że jednego pijaka mniej. Marta przyjęła śmierć męża ze pokojem, już dawno oddalili się od siebie. Całą miłość ulokowała w jedynym synu – Jacku. Nie widziała, kiedy jej syn stał się mężczyzną, zaczął pracować i zastępować ojca, z którego i tak nie było większego pożytku. Marta widziała w Jacku oparcie na stare lata. Syn był jej trzecim filarem, który sobie wychowała, najwierniejszym i najpewniejszym. Dzień, który sprawił, że dzień stał się nocą, a piekło zstąpiło na ziemię, był dniem w którym zginął Jacek. Pijany kierowca VW Golfa potrącił pieszego i uciekł z miejsca wypadku. Potężne obrażenia wielonarządowe sprawiły, iż Jacka nie udało się uratować. Krew z rozerwanej aorty zalała strumieniami jamę opłucną. Tego dnia umarła także Marta, chociaż w jej organizmie zachowane były wszystkie funkcje fizjologiczne, nie było jej już wśród żywych. Kobieta ta każdą wolną chwilę poza pracą, która byłą dla niej ucieczką w zapomnienie, spędzała na cmentarzu, gdzie cały czas rozmawiała z synem, dzieliła się z nim każdym przeżytym dniem. Marta dzieliła swoją przyszłość do śmierci dniami, żyła, może to zbyt szumnie powiedziane, wegetowała z dnia na dzień. Utraciła bezpowrotnie chęć życia. W tym strasznym dniu, kiedy Policjant przekazał jej tą informację o Jacku wpadła szał i zaczęła demolować mieszkanie, rozbijać zlewy, tłuc szyby, kopać w drzwi szafy, uderzać w meble kuchenne … . Podczas kolejnych dni doprawionych środkami uspokajającymi  o bardzo silnym działaniu, założyła sobie na szyję różaniec i zaczęła z nim cały czas chodzić. Miała silne leki, że i ona zostanie przejechana przez jakiś pojazd. Bała się wychodzić na ulicę. Zaczęła bać się ludzi. Jakiś czas po tej tragedii zamieszkał u niej brat, który nigdy się nie ożenił i utrzymywał się z renty inwalidzkiej, gdyż kilka lat wcześniej miał wypadek kolejowy. Pewnej nocy sąsiad, który trudnił się przewozem towarów uszkodził tylną oś samochodu ciężarowego i zadzwonił nocą do syna, aby przywiózł dwa nowe koła we wskazane miejsce. Syn kierownika firmy poprosił sąsiada, czyli brata Marty o pomoc w załadunku i przewozie części. Mężczyzna zgodził się i obaj pojechali na trasę kilkadziesiąt kilometrów na południe od Warszawy. Podczas wymiany uszkodzonych kół na pobocze najechał samochód ciężarowy prowadzony przez Węgra, który zasnął za kierownicą. Była tylko jedna ofiara śmiertelna. Zginął brat Marty Kosickiej. Nie męczył się. Wszystko działo się tak szybko, że nawet nie zdążył zareagować, odskoczyć… Zdzisław Bernacki spoczął na cmentarzu obok Waleriana Kosickiego oraz Jacka Kosickiego. Żaden z tych trzech mężczyzn nie zmarł w łóżku śmiercią człowieka złamanego starością. Odeszli gwałtownie, bez ostrzeżenia. Nikt nie wiedział, dlaczego Martę w ciągu niespełna dwóch lat dotknął taki ciąg nieszczęść, czym zawiniła, czym zawinili jej bliscy, czy światem rządzi jakaś nadprzyrodzona siła, która widzi logikę w tych postępujących po sobie nieszczęściach; a może to tylko przypadek oparty o rachunek prawdopodobieństwa oraz prawidła fizyki ? Kilka tygodni po śmierci Zdzisława Bernackiego firma, w której pracowała Marta Kosicka ogłosiła upadłość. Nie było to winą jej pracowników, czy też kierownictwa, tylko dużej konkurencji na tej płaszczyźnie rynkowej. Po raz pierwszy w życiu od ukończenia szkoły Marta była osobą bezrobotną. Nie umiała tego zrozumieć. Do emerytury zabrakło jej dwóch i pół roku. Nigdzie nie chcieli jej przyjąć, była za stara, urząd pracy nie miał dla niej żadnej oferty. Za granicę nie chciała wyjeżdżać, gdyż nie chciała porzucać grobów swoich bliskich, nie wiedziałaby zresztą jak się tak odnaleźć, do tego trzeba młodej głowy. Grobowce męża, syna i brata, chociaż skromne, były najbardziej zadbane na całym cmentarzu. Marta gotowa była podjąć się najcięższej, najbardziej upokarzającej pracy. Miała kilka ofert pracy jako sprzątaczka w biurach, tyle że podejrzanie wyglądający oferent nie gwarantował jej ubezpieczenia społecznego. Marta zaczęła jeździć pociągami, poruszała się w okolicach dworców kolejowych oraz autobusowych i grzecznie pytała podróżujących ludzi, czy nie znalazłaby się dla niej jakaś praca, czy mają jakieś informacje o ofertach pracy. Było jej zawsze bardzo przykro, że musi w ten sposób niejako żebrać o zatrudnienie. Nie raz miała łzy w oczach, nie raz płakała nocą w pustym domu, albo wieczorem na cmentarzu. Utrzymywała się z zasiłku dla bezrobotnych. Miała skromne oszczędności. Jesienią jeszcze zakupiła sosnową trumnę, którą umieściła w pokoju syna. Dbała o  nią jak o najcenniejszy mebel, od czasu do czasu przecierała kurz, który się na niej osadzał. Kilkukrotnie położyła się w niej, żeby sprawdzić czy pasuje rozmiar. Wnętrze było wyściełane miękką gąbką, było jej wygodnie … Zaczęła też kompletować strój na ostatnią drogę, kupiła czarny dwuczęściowy kostium, czarne buty, czarną chustkę. Do pudełka tekturowego, na którym napisała markerem ,,Podróż do czyśćca” włożyła także pamiątkowy różaniec po mamie oraz książeczkę do nabożeństwa. Poszukiwania pracy nie przynosiły rezultatu. Nikt z licznych podróżujących na dworcach kolejowych nie miał dla niej informacji o zatrudnieniu. Wielu traktowało ją jak pijaczkę lub żebraczkę, zaczepiającą ludzi w celu uzyskania kilku groszy na zakup alkoholu, lub papierosa. Ona ani nie piła, ani paliła papierosów. Cierpiała w milczeniu i modliła się do bliskich o spokój ich dusz. W jej duszy powoli dojrzewała myśl dołączenia do bliskich. Nic już jej nie trzymało na tym świecie. Budziła się bardzo wcześnie rano, nie mogła zasnąć, miała bardzo złe samopoczucie. Traciła na wadze. Nie leczyła depresji, która zawładnęła całym jej umysłem. Kursowała między domem, dworcami i cmentarzem. 1 kwietnia miała otrzymać ostatni zasiłek dla bezrobotnych. Napisała testament, w którym wszystkie swoje nieliczne dobra doczesne ofiarowała na miejscowy dom pomocy społecznej… Miejscowa parafia organizowała wyjazd pod koniec kwietnia na kanonizację zmarłego papieża Jana Pawła II do Rzymu. Marzyła o takim wyjeździe, ale był bardzo kosztowny i nie było jej stać na takie przedsięwzięcie. Na pustyni marzeń, myśl o tej niezwykłej pielgrzymce była dla niej oazą osadzoną w bezkresnych piaskach zwątpienia i beznadziei…

                                      ***

         Marta Kosicka całe życie dojeżdżała do pracy pociągami, lubiła podróżować tym środkiem lokomocji. Bardzo wczesnym rankiem, pod koniec marca, pojawiła się na stacji kolejowej w Pilawie. Powoli szła wzdłuż torów peronem, aż do jego końca. Za 11 minut miał nadjechać towarowy relacji Tłuszcz – Dęblin. Sekundy ciągnęły się w nieskończoność. W duchu powtarzała sobie, że to już niedługo. Pociąg opóźnił się jakieś 6 minut. Z uwagi na niewielki ruch na trasie oraz opóźnienie maszynista niewiele zwolnił. W tym czasie zawiadowca stacji siedząc w swojej dyżurce słuchał radia. Właśnie odtwarzano piosenkę ,,Smutna niedziela”. To niesamowity dialog ze zmarłymi. ,,Smutna niedziela” (,,Gloomy sunday”) powstała jeszcze przed wybuchem II wojny światowej i okrzyknięto ją wówczas jednogłośnie pieśnią samobójców. Skomponował ją węgierski Żyd w czasach upadku potężnych fortun, szalejącego bezrobocia Wielkiego Kryzysu, któremu udało się przeżyć holokaust. Słuchało ją wielu tych, którzy odebrali sobie życie. Marta Kosicka nigdy nie słyszała tego hymnu samobójców i nigdy już go nie usłyszała. Kobieta stojąc na peronie, blisko torów wykonała jeden krok i upadła ciężko na tory. Koła czoła lokatywy odcięły jej tors na wysokości klatki piersiowej, w ogóle nie cierpiała. Wyhamowanie pociągu zajęło kilkaset metrów. Przybyłym na miejsce policjantom oraz pracownikom zakładu pogrzebowego ,,Haron” udało się zebrać każdy szczątek jej ciała, które zostało rozkawałkowane i porozrzucane na torach… Kilka dni później jej zwłoki spoczęły w rodzinnym grobowcu obok męża alkoholika… Tekturowe pudełko a napisem ,,Podróż do czyśćca” stojące obok trumny i ona sama bardzo się przydały, kiedy organizowano pogrzeb na koszt gminy. Sam Wójt wprawdzie potępiał samobójców, ale tym razem pochwalił zapobiegliwość zmarłej, która pozwoliła mu poczynić oszczędności w funduszach publicznych przeznaczonych na tę okoliczność. 

                                      ***

         Dusza Marty opuściła jej rozkawałkowane ciało. Widziała całą stację w Pilawie z lotu ptaka, widziała pociąg gwałtownie hamujący, budynki stawały się coraz mniejsze, przybierały rozmiary malejących punkcików, ulatywała coraz wyżej i wyżej…

         Było jej tak lekko, nie czuła żadnych zmartwień, nie czuła żadnych dolegliwości somatycznych, nie musiała oddychać by istnieć. Zanurzyła się w nieskończonym, bezgranicznym spokoju…

         Nie było czasu przeszłego, nie istniała przyszłość, teraźniejszość nie miała granic…

         Nie wiedziała kiedy znalazła się w wielkim ogrodzie, pełnym wielu egzotycznych roślin, których nazwy nie znała. Barwy były bardzo intensywne, dźwięki przejmujące, zapach oszałamiający. Zdawało jej się, że jest kroplą rosy na liściu konwalii, która powoli opada w dół. W pewnym momencie na tym liściu usiadł piękny motyl, który zanurzył swe czułki w tej kropli rosy, po czym uniósł ją i wzleciał ku górnym partiom tego wspaniałego ogrodu, ku słońcu ... Poczuła, że kolorowy owad skrywa w sobie inną duszę, nie myliła się, w tym rajskim ogrodzie troszczył się o nią jej syn Jacek… Cały ogród był żywym pomnikiem zbudowanym z ludzkich dusz. Żaden element nie mógł istnieć bez całości, a całość nie istniała bez choćby jednego elementu. On nigdy się nie starzał i nigdy nie umierał, w miarę przybywania nowych, stawał się coraz piękniejszy… Potrzebny był każdy element. Każdy nowy przybysz w ogrodzie odnajdywał swoje miejsce i odgadywał zamysł Wielkiego Ogrodnika, wszystko stawało się nagle takie jasne. Tu wiecznie trwała oszałamiająca barwami i zapachami wiosna. Nikt do Marty nie miał pretensji, nikt jej nie potępiał, czuła się potrzebna Wielkiemu Ogrodnikowi, który sprawiedliwie i bezinteresownie darzył ją wielką miłością, tak jak wszelkie rośliny, zwierzęta i owady koegzystujące w ogrodzie. Marta nie żałowała … jednego kroku …Nie potrzebowała wyjeżdżać w te szczególne dni do Rzymu na plac Świętego Marka, żeby współistnieć obok pięknego kolibra, lubiącego siadywać na prawym ramieniu Wielkiego Ogrodnika …    

                                      KONIEC

 

 


autor: Andrzej Lebiedowicz
ostatnia modyfikacja: 2014-05-09




Ta praca należy do kategorii:




Średnia ocena pracy to:
Ilość głosów: 0

Zaloguj się aby mieć możliwość oceniania prac.



Komentarze (0):


komentarze  autor 

 

Jeśli spodobała Ci się ta praca, możesz kliknąć poniższy link, aby dodać ją na Facebook. Jeśli chcesz dodać na Facebook stronę Rubikonu, kliknij "Lubię to!" na stronie głównej.